Zbytki polskie

Wiersz Wacława Potockiego pt.: „Zbytki polskie” wpisuje się w bogaty zbiór utworów dydaktyczno-moralnych tego artysty, odnalezionych dopiero w wiele lat po jego śmierci. Poeta do końca życia pełnił rozmaite funkcje państwowe. Szczerze przejęty losem ojczyzny i narodu, w swojej poezji szukał sposobu na poprawę obyczajów społeczeństwa, choćby poprzez nazwanie wprost jego najważniejszych grzechów.

Za jedną z czołowych wad, pociągającą za sobą szereg innych, uważał Potocki zamiłowanie rodzimej szlachty do – tytułowych – zbytków i dzikie zapamiętanie w ich zdobywaniu.

Wprowadzeniem do tekstu jest pytanie retoryczne: „O czymże Polska myśli i we dnie, i w nocy?”. Za pomocą synekdochy podmiot liryczny utożsamił tutaj kraj z jego obywatelami, sugerując niejako możliwe odpowiedzi na zadane przez siebie pytanie – ze względu na tak rozumianego bohatera, powinny ona oscylować wokół: potęgi, sławy, silnego wojska czy ogólnego (własnego) dobrobytu; w tym kontekście kontrastowo, być może nawet groteskowo, wypadają zjawiska, które w dalszych wersach wymienia poeta używając stale powracających anafor :„Żeby”, „Choć”. Przedmiotem marzeń Polaków są więc przede wszystkim atrybuty materialnego bogactwa: bogato odziana służba, klejnoty, wymyślne wyposażenie domu, na koniec i muzycy – sztuka bowiem stanowi często ostatnią zachciankę majętnego pana.

Wszystkie to ma służyć snobizmowi właścicieli, którzy z chęcią demonstrują swoje bogactwa szerokiej publiczności – największą popularnością cieszą się więc wystawne karoce, drogocenne stroje i biegająca krok w krok służba, która nikomu nie pozwoli przeoczyć przejazdu wielmoża. Podmiot liryczny drwi ze sposobów prześcigania się w demonstrowaniu „uzbieranego” bogactwa, zauważając dowcipnie:

(…) Już ci niewiasty złotem trzewiki, niestoty,
Mężowie nim wszeteczne wyszywają boty,
Już perły, już kanaki noszą przy kontuszach;
Poczekawszy, będą je nosili na uszach (…).

Dobry humor wywołany wyliczaniem absurdalnych pomysłów bogaczy przerywa jednak smutna konstatacja podmiotu lirycznego o tym, iż pogoń za zbytkami przysłania niezwykle istotne problemy państwa:

Choć się co rok w granicach swych ojczyzna zwęża,
Choć na borg umierają żołnierze niepłatni,
Choć na oczy widzą jej peryjod ostatni,
Że te wszytkie ich pompy, wszytkie ich splendece
Pogasną jako w wodzie utopione świece (…).

Bagatelizowane, zjawiska te doprowadzić mogą niepostrzeżenie do upadku Rzeczypospolitej, który okaże się dramatem zarówno dla prawdziwych patriotów, jak i dla owych paniczyków podróżujących srebrnymi karetami – wszyscy bowiem z ręki potencjalnego okupanta stracić mogą to, co posiadają. Podmiot liryczny nawołuje wobec tej wizji, by w trosce choćby i o owe śmieszne zbytki nie zatracać czujności i zainteresowania sprawami publicznymi:

(…) Przynajmniej, kiedy się tak w świeckie rzeczy wdadzą,
Porzuciwszy niebieskie, niechaj o nich radzą,
Żeby dzieciom zostały, żeby w nich spokojnie
Dożyli, niechaj myślą z pogany o wojnie,
Kiedy nie chcą wojować z światem i z zuchwalem,
Choć w Panu oczywisty mają przykład, ciałem (…).

Od Polaków nie wymaga narrator moralności w sensie jednostkowym, nie domaga się od nich szlachetności czy baczenia na prawa Boże; pragnie jedynie, aby przez wzgląd na następne pokolenia zajęli się oni choćby tym wąskim zakresem działalności, który może ochronić ich państwo przed wrogiem.

Podmiot liryczny posuwa nawet dalej w swoim minimalizmie – nie spodziewa się, by fircyki w złoconych trzewikach przelewały krew na „wojnie z pogany”, ale skoro nie będą inwestować w nią „cieleśnie”, niech poświęcą dla sprawy swój potencjał intelektualny. Tylko tyle – na początek. Kiedy bowiem Polska otrząśnie się ze swojego snu o klejnotach, powinna stać się narodem Chrystusów, którzy dla dobra sprawy nie zawahają się poświęcić życia.