Monachomachia

Pieśń Pierwsza

Utwór rozpoczynają cztery wersy wypełnione sentencjami. Jedna z nich : „Nie wszystko złoto, co się świeci” jest znanym i używanym przysłowiem do dziś.

W kolejnych dwunastu wersach przedstawiony został temat utworu. Bohaterami będą mnisi opisani  jako „rycerze boscy i nadzy po trosze”, którzy walczą „bez broni i miecza” a ich jedynym orężem jest „męstwo”.

Następne wersy umiejscawiają akcję w małym miasteczku, w którym panuje zgoda. Jest w nim stare zamczysko, trzy karczmy, kilka domków i dziewięć klasztorów. Narrator nie chce jednak wyjawić nazwy tego miejsca:

W mieście, którego nazwiska nie powiem,
Nic to albowiem do rzeczy nie przyda

W takim oto sielskim otoczeniu mieszkało od dawien dawna „wielebne głupstwo”. Mnisi prowadzili tam żywot nie skromny i ascetyczny, lecz pełen przepychu i wygodny, gdzie nie brakowało jedzenia, a suto zastawione stoły obfitowały w dużą ilość trunków. Mnisi niewiele sobie robili ze swoich obowiązków. Głównym zajęciem było jedzenie, picie i spanie.

Mnisi, żyjąc sobie wygodnie, nie wdawali się już od dawna w żadne wojny (wzorem średniowiecznych rycerzy zakonnych), jednak tę ich idyllę zachwiało pewne wydarzenie. Pomiędzy dwa zakony wkradła się niezgoda, która zaowocowała ich waśnią:

Słodki raj mnichów, gdy w locie postrzega,
Jędza Niezgody (…)
Jęknęła ze złości i zatrzymała się.
Widząc fortunny los spokojnych mężów
Świsnęły żądła najeżonych wężów

Pewnego ranka, gdy wszyscy mnisi smacznie sobie spali, jakiś nieprzyjemny dźwięk pobudził wszystkich dominikanów, w tym także i przeora, który „ pierwszy raz w życiu Jutrzenkę obaczył”. Wszyscy bracia zebrali się w refektarzu (jadalni klasztornej), zatrwożeni tym nagłym zamieszaniem:

Biegli ojcowie za mistrzem w zawody,
Ten strachem zdjęty i srodze przelękły (…)

Ojciec Hilary jako pierwszy wyraził obawę o stan piwnic, podejrzewając, iż ktoś mógł chcieć skraść im zapasy wina i teraz mogą nie mieć się czego napić:

Czy do piwnicy wkradli się złodzieje?
Czy wyschły kufle, gąsiory i dzbany?

Obawy ojca Hilarego rozwiał na szczęście przeor klasztoru, który nalał mu wódki, gdyż mówcy zaschło w gardle:

Wtem się zakrztusił, jęknął, łzami zalał.
Przeor tymczasem w kubek wódki nalał.

Wszyscy bracia wydali się uspokojeni tym gestem i chórem krzyknęli: „Vivat”.

Tymczasem ojciec Honorat zaczął pocieszać zebranych tonem dodającym otuchy, by nie trwożyli się z powodu nagłego zamieszania, gdyż wszystko z całą pewnością będzie dobrze, nic im nie może przecież zagrażać:

Po ciemnej nocy ze jasny dzień wschodzi.
Na godnym kiedy cnota majestacie
Siędzie, o szczęściu wątpić się nie godzi
Czegoż się mili bracia obawiacie?

Ojciec Gaudenty, który uprzednio pociągnął spory łyk trunku, jest jednak zdania, iż zajście które miało miejsce nad ranem jest zapowiedzią zagrożenia ze strony innych zakonów:

Rozruch dzisiejszy smutne wieści głosi,
Wiem ja, ojcowie, na co się zanosi.
Zazdrość od wieków na nas się oburza,
Zgnębić niewinnych pragnie w tych krainach,
Już jad z pokątnych kryjówek wynurza,
Chce się sadowić na naszych ruinach.

Mówi, iż inne zakony zazdrosną im – dominikanom i chętnie zajęłyby ich miejsce. Proponuje również, by zmierzyć się z przeciwnikiem:

Pókiśmy w siłach, na wszystkich uderzmy.

Natomiast ojciec Pankracy jest zwolennikiem rozwiązania konfliktu na słowa. Zatem proponuje, by zaprosić inne zakony do rozmów, jest on bowiem przekonany, iż z takiej dysputy Dominikanie wyjdą zwycięsko:

Moja więc rada wyzwać na dysputę /…/
Wyjdziemy sławni z niesłusznej potwarzy.
Zgnębim potwarców – tak robili starzy.

Jednakże w czasie jego przemowy większość zakonników zapada w sen. Po przebudzeniu ojczulkowie zaczynają szybko wymykać się do swoich cel, by tam dokończyć swoje słodkie sny:

Morfeusz, patrząc na dzieci kochane,
Siał słodkie spania i sny pożądane.

Pieśń Druga

Poranek w klasztorze karmelickim zaczyna się jak zwykle. Bracia zajęci są swoimi sprawami. Krzątają się po klasztorze. Przy furcie zaczynają zbierać się dewotki. Jeden z mnichów, ojciec Rajmund, idąc zamyślony („kto wie czy o Panu Bogu”) potknął się, przewrócił i zgubił buta. To banalne zdarzenie poczytał jako zły omen, zwiastujący przyszłe nieszczęścia, a kiedy dodatkowo rozdzwaniają się dzwony kościelne, zakonnik jest pewien, że stanie się coś złego.

Wstać pomaga mu ojciec Rafał, który zatroskany pyta Rajmunda, czy nic mu się nie stało. Rajmund mówi mu o „złej wróżce”, jaka miała miejsce przed chwilą:

Wyszedłem rano z izby nieostrożny,
Zaraz się w progu zjawiła zawada.
Zły to dzień będzie, w nieszczęścia zamożny!
Tak Los chciał, nic tu roztropność nie nada.

Rafał pociesza go słowami:

Nie dbaj na wróżki, straszydła dla dzieci (…)

Radzi mu, by skorzystał z zaproszenia jednej z dewotek, panny Doroty, o którym to zaproszeniu donosi w chwilę wcześniej ojciec Kanty. Ze znanych sobie tylko przyczyn, ojciec Rajmund nie potrafi jednak dość do furty:

Stanął u proga na poły zmartwiały,
Sili się wyniść, jęczy, płacze, wzdycha.

Rafał stara się go ośmielić, ale wszystko na nic. Ojciec Rafał zaczyna zwoływać „starszych i definitory”.

Braciszkowie schodzą się więc i czekają na posłów od Dominikanów. Niektórzy znudzeni tym czekaniem wychodzą inni zdążyli pozasypiać, gdy przybyli dominikańscy posłowie:

Już stary ojciec Elizeusz drzymał,
Już i niektórzy, znudzeni, odeszli,
Białokapturni gdy posłowie weszli.

Wśród posłów znaleźli się ojciec Gaudenty (sławny) i ojciec Hiacynt (piękny). Celem poselstwa było zaproszenie Karmelitów do dyskusji na temat, który z zakonów ma lepsze prawo do nauki. Zaproszenie z dumą i honorem zostało przyjęte przez przeora Karmelitów. Słowa przeora do złudzenia przypominają słowa wodza, gotującego się do bitwy:

Jeszcze nam siły na tę wojnę stanie,
Jeszcze broń dobra, której spróbujecie:
Hardym w przegranej będzie ukaranie,
Będzie pokuta, kiedy tego chcecie.
Nie zna zazdrości, kto przestał na swoim;
Pochlebstw nie chcemy, a gróźb się nie boim.

To zaproszenie i jego przyjęcie wywołało wśród mnichów wrzawę. Każdy z braciszków miał inne zdanie na ten temat:

Starzy się boją, a młodzi chcą wojny.

W końcu zwycięża opcja, by podjąć wyzwanie i zmierzyć się z Dominikanami. Ojczulkowie tak zaciekle dyskutują, iż nie słyszą dzwonów, wzywających na modlitwę, gdy jednak brat Kleofas zadzwonił na obiad, nie umknęło to uwadze żadnego mnicha. Wszyscy natychmiast udają się do refektarza.


Pieśń Trzecia

Karmelici jedzą suty obiad, gdyż „wstrzemięźliwość nie jest teraz w modzie”, więc zarówno Dominikanie, jak i Karmelici, jedzą do woli, a jadło popijają dużymi ilościami miodu i wina:

Już wstrzemięźliwość nie jest teraz w modzie,
Piją, jak drudzy, mędrcowie, prawdziwi.
Miód dobrym myślom żywności udziela,
Wino strapione serca rozwesela.

Po obiedzie udają się na kolejną naradę:

Pełni radości, którą trunek zdarza,
Znowu na radę poszli. (…)

Pierwszy głos zabiera ojciec Gerwazy, który twierdzi, iż lepiej byłoby zaprosić Dominikanów i upić ich, wtedy zakon Karmelitów z całą pewnością okazałby się lepszy niż w dyspucie okazać się może:

Niech z nami piją – a wtenczas ukazać
Potrafim światu, o ich własnej szkodzie,
Co może dzielność w największej przygodzie.

Jednak brat Hilary jest zdania, że Dominikanie są w piciu znacznie lepsi niż Karmelici, bowiem nieraz miał on okazję, by widzieć, jak mocne mają głowy:

Pijem my nieźle, ale lepiej oni.

Rozmowa trwa w najlepsze, gdy wtrąca się do niej Elizeusz. Jego zdaniem, aby pokonać Dominikanów, potrzebna jest wiedza, a tę można zdobyć tylko z książek:

Minęły czasy szczęśliwej prostoty,
Trzeba się uczyć, upłynął wiek złoty.

W dalszej swojej przemowie robi aluzje do Króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który wprowadził Komisję Edukacji Narodowej, a ta z kolei zapoczątkowała liczne reformy szkolnictwa:

Z góry zły przykład idzie w każdej stronie,
Z góry naszego nieszczęścia przyczyna.
O ty, na polskim co osiadłszy tronie,
Wzgardziłeś miodem i nie lubisz wina!
Cierpisz, pijaństwo że w ostatnim zgonie,
Z ciebie gust książek, a piwnic ruina.
Tyś naród z kuflów, szklenic, beczek złupił:
Bodajeś w życiu nigdy się nie upił!

Elizeusz przypomina sobie, iż w klasztorze jest biblioteka. Ostatnio był w niej brat Arnolf, lecz było to trzydzieści lat temu. Biblioteka jest gdzieś na strychu, lecz żaden z braciszków nie wie, jak do niej trafić. Żaden z mnichów nie chce też podjąć się zadania odszukania zaginionej biblioteki. Wreszcie, jego wykonanie, pada na dwóch „ domowych osłów” (krawca i aptekarza).

Po długich i mozolnych poszukiwaniach krawiec z aptekarzem odnajdują wreszcie zaginioną bibliotekę. Jeden z braciszków biegnie prędko, by przekazać tę wiadomość przeorowi, który właśnie raczył się winem. Nagłe wtargnięcie mnicha wystraszyło przeora, który się z wrażenia zakrztusił.

Kolejna część poematu, to parodia innego dzieła Krasickiego, a mianowicie „Hymnu do miłości ojczyzny”, z tym że w tym przypadku jest to hymn na pochwałę trunków:

Wdzięczna miłości kochanej szklenice!
Czuje cię każdy i słaby i zdrowy;
Dla ciebie miłe są ciemne piwnice,
Dla ciebie znośna duszność i ból głowy,
Słodzisz frasunki, uśmierzasz tęsknice,
W tobie pociecha, w tobie zysk gotowy.
Byle cię można znaleźć, byle kupić,
Nie żal skosztować, nie żal i się upić.

Czytelnik nie dowiaduje się natomiast o tym, co znaleźli mnisi na strychu. Jak informuje podmiot liryczny: „Co tam znaleźli. Ukrył czas zazdrosny (…) ”. Nie jest też wiadome, jaką radę dała mnichowi matka przełożona, do której się udał po pomoc w kłopocie:

(…) doktor żałosny
Poszedł po radę do wielebnej matki.
Co wskórał (…)
I to czas zakrył (…)

Wiadomo natomiast, iż po powrocie od przeoryszy zwołał najważniejszych mnichów. Po tejże naradzie wszyscy zakonnicy zamknęli się w swoich celach i zaczęli czytać. W zakonie zrobiło się cicho.

Podmiot liryczny pozwala sobie w tym miejscu na kpinę, biedząc nad losem czytających mnichów:

O miejsce niegdyś szczęśliwe prostotą!
Jakaż Fatalność z gruntu cię odmienia?
Książki nieszczęsne, waszą zjadłą cnotą
Dwa przewielebne cierpią zgromadzenia!

Ostatnie dwa wersy księgi trzeciej zapowiadają wojnę mnichów:

Przemogła Zazdrość, Zemsta duch spokojny:
Bracia pokoju biorą się do wojny.

Pieśń czwarta

Pieśń rozpoczyna się apostrofa do Arystotelesa, ojca nauki i filozofii, jak określa go podmiot liryczny : „Bożku łbów twardych i próżnej mozoły.”

Tymczasem zaczynają schodzić się z różnych zakonów, mnisi na dysputę. Podmiot liryczny żartobliwie opisuje tę chwilę słowami:

Rumiana dzielność błyszczy się na twarzy,
Tuman mądrości nad łbami unosi.

Wszyscy mnisi zachowują „świętą pokorę”, jednocześnie na ich twarzach maluje się powaga należna tej chwili. W myśl zasad scholastyki dysputę rozpoczyna defendens (zwolennik), który peroruje, a wygłaszane przez niego kwestie są pełne ozdobników, lecz zawierają znikome treści.

Gdy skończył swoją przemowę zapanowała niezręczne milczenie (być może dlatego, że mało kto, cokolwiek zrozumiał). Tę ciszę przerwał ojciec Łukasz, rzucając czymś w adwersarzy. Jak określa tę sytuację podmiot liryczny:

(…) ojciec Łukasz (...)
Zaraz od rzeczy zaczął swe mówienie
(…) wziąwszy stronę przeciwną na oko
Nabił argument i strzelił z Baroko.

Od tego momentu rozpoczyna się bitwa na kielichy, kufle i dzbany. Jedni strzelają celni, inni chybiają celu – bitwa gorzeje na dobre. W wojnie pojawiają się coraz to nowe „argumenty”. Są więc „trąby i kotły”, które powodują dużo hałasu.

Ten hałas płoszy w końcu pięknego Hiacynta, który zabawiał się z jedną z dewotek. Hiacynt pośpiesznie oddala się, mimo iż dama nie jest z tego zadowolona i chce zatrzymać Hiacynta, gdyż chętnie spędziłaby z nim więcej czasu:

Trzykroć się ku drzwiom alkierza potoczył,
Trzykroć go miła ręka zatrzymała;
Wyrwał się wreszcie i przez próg przeskoczył,
Padła dewotka i z żalu omdlała.


Pieśń Piąta

Pieśń rozpoczyna się moralizatorską kwestią podmiotu lirycznego, który mówi, że śmiech może być nauką, jeśli wyśmiewa on przywary (nie ludzi). A przywary można wytykać każdemu, niezależnie od jego stanu i statusu społecznego:

I śmiech niekiedy może być nauką,
Kiedy się z przywar, nie z osób natrząsa;
I żart dowcipną przyprawiony sztuką
Zbawienny, kiedy szczypie, a nie kąsa (…)

Szanujmy mądrych, przykładnych, chwalebnych,
Śmiejmy się z głupich, choć i przewielebnych.

Hiacynt wraca tymczasem na plac boju od swojej dewotki. Zastaje walczących tam, za pomocą butów, kubków i pasów, mnichów. Chciał on wycofać się z pola bitwy, lecz został trafiony przez ojca Zefiryna:

Już się wymykał… wtem kuflem od wina
Legł z sławnej ręki ojca Zefiryna.

Ta sytuacja zdeterminowała, jeszcze bardziej do boju, walecznego Gaudentego, który ranił prawie jednocześnie kilku braciszków (jednego wywrócił wraz z krzesłem, drugiego zahaczył o kaptur, innemu znów wybił dwa ostatnie zęby):

Ryknął Gaudenty jak lew rozjuszony,
Gdy Hiacynta na ziemi obaczył;
Nową więc złością z nagła zapalony,
Żadnemu z ojców, z braci nie przebaczył.

Wrzawa i zgiełk panuje na polu walki, a mnisi coraz to nowych przedmiotów używają, by pokonać przeciwników, jest więc rożen, obręcz od faski, szklanki, talerze i inne przedmioty codziennego użytku.

Ojciec Rafał zaczyna żałować, że nie wziął jednak pod uwagę „złych wróżek”, o których rano mówił brat Rajmund. Jednak, gdy Gaudenty chce go uderzyć kropidłem, ten na czas unika ciosu, traktując jednocześnie przeciwnika trzonkiem po głowie.

Na uboczu w tym samym czasie, kilku mnichów zastanawia się, jak uciszyć tę wrzawę. Prałat widząc, że wojna prowadzi donikąd nakazuje przynieść wielki puchar, zwany vitrum gloriosum. Puchar na plac boju zanoszą mężne: dzwonnik, szafarz i trębacz.


Pieśń szósta

Ostatnia pieśń rozpoczyna się apostrofą skierowaną do mnichów. Podmiot liryczny prosi ich o wyrozumiałość wobec jego słów. Głosi też sentencję, iż przywary może mieć każdy człowiek, ale należy je piętnować:

(…) astronomowie
Znaleźli plamy nawet wpośród słońca.

W dalszej części poematu zostaje szczegółowo opisany puchar vitrum gloriosum. Puchar ten ma imponujące rozmiary, to „dzban nad dzbany”. Jest wykonany ze srebra z pozłacanymi elementami. Zdobiony obrazami przedstawiającymi cztery pory roku. Również wierzchołek dzbana odznacza się wyjątkowym kunsztem wykonania.

Widząc ten dzban braciszkowie zapominają o wojnie. Jeden z mnichów rzecze:

Puchar ich wstrzyma, lecz wino pogodzi.

W końcowej części poematu narrator zwraca się znów do Arystotelesa, mówiąc, iż jego nauki doprowadziły tylko do zwady, zaś wino i trunki wszystkich pogodzą, łagodząc złe nastroje:

Tobie przekleństwo, Arystotelesie!
Czyż cię ta bitwa uczonym zaleci?
Cóż ma za korzyść, kto twój towar kupi?
Próżność nauka! Najszczęśliwsi głupi.

Bójka tymczasem powoli dogasa, a mnisi zainteresowani winem, zapominają o niedawnych urazach i wzajemnych pretensjach, jednocząc się wokół dzbana, wołając: „Zgoda”.

(…) Tak wojny siedlisko
W punkcie dzban miejscem pokoju oznaczył
Czarni i bieli, kafowi i szarzy,
Wszystko się łączy, wszystko się kojarzy.

Braciszkowie rozpoczynają wspólną biesiadę. Czytelnik nie dowiaduję się jednak, za co wznoszą liczne toasty. Podmiot liryczny kończy poemat kolejną sentencją, która jest aktualna do dziś:

Prawdziwa cnota krytyk się nie boi.