Kurtz

Kurtz jest postacią niejednoznaczną i kontrowersyjną – nie poddaje się łatwej ocenie, również dla Marlowa pozostał zagadką. Główny bohater ma do niego stosunek ambiwalentny.

Kurtz jest doskonałym przykładem na to, co może stać się z człowiekiem w szczególnych warunkach, w sytuacji, gdy posiądzie gromną władzę.

Czytelnik poznaje bohatera oczyma Marlowa. Conrad odkrywa prawdę stopniowo – podobnie jak czynił to Marlowowi – a spotkanie bohatera z Kurtzem poprzedza jego sława. Najpierw dowiadujemy się więc, co myślą o nim ludzie, którzy go znali lub o nim słyszeli. Jeden z księgowych w firmie, dla której Kurtz pracował, ocenia go bardzo pozytywnie, nazywając „agentem pierwszej klasy”. Podkreśla, że przysyła on więcej kości słoniowej niż pozostali agenci łącznie. Jako pracownik Kurtz był ceniony, ponieważ był skuteczny, wywiązywał się powierzonych mu zadań. Dla księgowego nie ma znaczenia sposób pozyskiwania materiału – liczy się ilość nadsyłanej kości.

W kolejnej odsłonie bohater jawi się jako postać tajemnicza, artysta, autor dość mrocznego obrazka, przedstawiającego postać kobiecą. Oficjalnie pracownicy firmy bardzo go chwalą, ale emfatyczne określenia, jakimi go opisują: „emisariusz miłosierdzia, nauki i postępu i diabli wiedzą czego jeszcze”, są wieloznaczne i trudno stwierdzić, co inni tak naprawdę o myślą o bohaterze. Wiele mówi się o jego krzewieniu postępu i nauki wśród dzikich – Kurtz jawi się jako misjonarz i zbawiciel.

Kurtz buduje swoją opinię dzięki wyjątkowej skuteczności działania. Liczby przemawiają na jego korzyść. Ponadto posiada wyjątkowy dar przekonywania, jest prawdziwym krasomówcą, który potrafi ująć słuchaczy:

(…) Jego słowa, dar wyrażania myśli – zachwycający, przynoszący oświecenie, najbardziej wzniosły i godny najgłębszej pogardy, pulsujący strumień światła lub złudna struga wypływająca z jądra niezgłębionej ciemności (…).

Ta zdolność byłaby „strumieniem światła”, gdyby Kurtz nie był wyrachowanym kłamcą. Jego cudowne oracje przedstawiały działalność białych jako misję szerzenia edukacji, medycyny, cywilizacji wśród tubylców, w rzeczywistości jednak dokonywano zwykłego wyzysku, z czego Kurtz doskonale zdawał sobie sprawę, ponieważ był pionierem w tej kwestii.

Ambicja Kurtza była dosłownie zabójcza – dla niego i tych, którzy go otaczali. Nawet w ostatnich dniach, kiedy umierał na statku Marlowa, troszczył się jedynie o przesłanie ostatniej partii kości słoniowej do Europy. Nawet w obliczu śmierci zajmowały go sprawy materialne. Pozyskiwanie przez niego kości słoniowej od początku okupione było ofiarami. Ginęły nie tylko słonie, ale też tubylcy. Głowy tych, którzy sprzeciwiali się woli białego człowieka, zatknięte na pale stanowiły świadectwo jego potęgi. Kurtz był otaczany przez miejscową ludność czcią niemal boską i bezwzględnie wykorzystywał swoją przewagę. Taka pozycja bardzo mu odpowiadała, zaspokajała jego potrzebę władzy i uznania. To dlatego nie chciał wracać do Europy oraz obawiał się przybycia białych – konkurentów – do jego stacji.

Dla Kurtza Afrykańczycy nie byli ludźmi, traktował ich przedmiotowo, jako środek do pozyskiwania cennego surowca. Górnolotne hasła o niesieniu postępu były zwykłą propagandą. Na jednym z raportów Kurtz dopisał „Wytępić całe to bydło!”, zapominając na chwilę o swojej masce misjonarza.

Niewątpliwie był egoistą, w dążeniu do sławy, bogactwa, uznania, wygody potrafił być bezwzględny. Marlow, świadek ostatnich chwil Kurtza, do końca nie potrafił go ocenić. Mimo niechęci do jego metod postępowania, przyznał: „Miał coś do powiedzenia. I powiedział to”. Ostatnie słowa Kurtza: „Zgroza! Zgroza!” są również niejednoznaczne, być może miał on na myśli swoje życie, a może to, jak świat jest urządzony.