Janko Muzykant

Tytułowy bohater urodził się jako dziecko słabe i wątłe. Zebrane nad jego matką kobiety zapaliły gromnicę, a dzieciątko ochrzciły, będąc przekonane, że wkrótce umrze. Jednak ani rodzicielka, ani malec nie zamierzali się poddać. Kobieta już po tygodniu wyszła pracować na pole, a chłopiec rósł, od czwartego roku życia ciesząc się jakim takim zdrowiem.

Janko był chudym i opalonym chłopcem z bardzo wydętym brzuchem. Jego jasne włosy („konopna czupryna”) opadały na wytrzeszczone i równie jasne oczy. Matka chłopca była ubogą komornicą (tak nazywano bezrolnych mieszkańców wsi, którzy mieszkali w cudzych chatach). Często więc prześladowała ich bieda, lecz zawsze starali sobie jakoś radzić. Już od ósmego roku Janko wyprowadzał trzodę lub chodził do boru zbierać grzyby.

Tytułowy bohater nie zapowiadał się na dobrego gospodarza jako chłopiec trochę zagubiony i nieco wstydliwy. Charakterystyczne było jednak to, że kiedy tylko usłyszał, że coś gdzieś „gra”, od razu się koncentrował się i nasłuchiwał bacznie. Zdarzało się nawet, że posłany do lasu przychodził z pustym koszykiem, opowiadając o „muzyce”, jaką usłyszał. Matka nie była z Janka zadowolona, czasami karała go klapsem. W żaden sposób nie zrażało to chłopca. Nawet kiedy kazano mu rozrzucać gnój, słyszał grający w polu wiatr.

Chłopca szybko zaczęto nazywać „Jankiem Muzykantem”. Matka nie mogła zabierać go do kościoła, gdyż młodzieniec usłyszawszy tylko organy, patrzył dziwnym, nieobecnym wzrokiem, jakby nie z tego świata. Często wymykał się z domu, żeby strugać sobie fujarki. Nierzadko trafiał pod karczmę, gdzie podsłuchiwał odgłosów zabawy, marząc o posiadaniu skrzypków.

W końcu Janko wziął sprawy w swoje ręce i zrobił sobie taki instrument. Wykorzystał do tego gont i końskie włosie. Co prawda, nie grały one pięknie, raczej cichutko brzęczały, ale i tak Janko grał na nich niemal przez całe dnie. Nieraz zdarzało mu się za to oberwać.

W okolicznym dworze czasami lokaj grywał na skrzypcach. Janko zakradał się tam i wpatrywał się w nie niczym w święty obrazek. Któregoś dnia w pomieszczeniu nie zastał nikogo (lokaj siedział u panny pokojowej) – księżyc magicznie oświecał całą okolicę, sytuacja była niemal idealna, aby choć raz móc dotknąć wymarzonego instrumentu. Nawet słowik zdawał się śpiewać: „Idź! pójdź! Weź!”. Janek podczołgał się pod drzwi. Nagle łopian, która dotychczas dawał mu schronienie, zaczął złowrogo szumieć, po czym okolicę rozświetliła błyskawica, ukazując Janka na czworakach przed skrzypcami. Rozległ się cichutki hałas, świadczący o tym, iż ktoś sięgnął po instrument. Wtem odezwał się gruby głos: „Kto tam?”. Później słychać już było tylko odgłosy bicia i ucieczki chłopca.

Następnego dnia Janko stanął przed wójtem. Nie chciano go karać zbyt surowo, gdyż wyglądał bardzo mizernie. Nakazano więc stójce (strażnikowi), by wymierzył mu kilka razów „na pamiątkę”. Mężczyzna dość mocno stłukł biedaka – do tego stopnia, że musiała przyjść po niego matka. Trzeciego dnia chłopiec był już konający. Zdążył jeszcze zapytać matki, czy Bóg da mu w niebie prawdziwe skrzypce. Kobieta odpowiedziała twierdząco i rozpłakała się.

***

Następnego dnia z zagranicznej podróży powrócili państwo mieszkający we dworze. Kawaler rzekł: „Quel beau pays que l'Italie” („Jak pięknym krajem są Włochy”). Pani odpowiedziała mu: „I co to za lud artystów. On est heureux de chercher lá-bas des talents et de les protéger...” („Szczęściem jest, że można odkrywać tam talenty i wspierać je”).

„Nad Jankiem szumiały brzozy...” – słowa te kończą nowelkę Henryka Sienkiewicza.